Najnowsza kartka z kalendarza sugeruje, że mamy już 31 października. Cały świat świętuje dzisiaj Halloween, a ja postanowiłem się do tego święta przyłączyć. Nieco przekornie, stąd te „Dziady” w tytule tekstu. Powiedzmy, że odwołuję się do starego, bo sięgającego czasów przedchrześcijańskich, obrzędu zadusznego. I tak, wiem, najodpowiedniejszą grą na Dziady wydaje się być Wiedźmin 3: Dziki Gon. Niestety, dawno już w niego nie grałem, a Bloodborne od From Software ukończyłem w tym roku, jakoś w wakacje. Przyjrzymy się zatem grozie o posmaku Japonii i Lovecrafta, a nie Słowian i Wiedźminów. Zapraszam.

Parę uwag o recenzjach

Myślę, że napisałem już łącznie ponad dwieście recenzji. Trudno mi podać bardziej konkretną liczbę, bo wiele ze stron internetowych, na których ukazywały się te teksty, po prostu już nie istnieje. Podaję zatem liczbę przybliżoną, szacując, że np. „tam było coś koło czterdziestu, a tam mniej niż dziesięć”. Jak kolejne cyferki pododawać, to wyjdzie nam, jak sądzę, ponad dwieście tekstów. Raczej mniej niż trzysta, choć pewności nie będę miał już nigdy. Rozmawiamy zatem o dużych liczbach. Dodam także, że w większości były to recenzje rozmaitych gier wideo, do tego zestawienia należy dorzucić trochę książek, filmów, komiksów, płyt muzycznych, chyba nawet pokusiłem się kiedyś o sztukę teatralną (wydaje mi się, że to była jakaś rodzima wariacja na temat Turandot Pucciniego).

Możemy jednak spokojnie postawić, że liczbowo gry stanowiły jakieś dwie trzecie całej tej mojej produkcji literek. To nam daje ponad sto trzydzieści recenzji gamingowych. Tekstów o niezwykle podobnej, nieco szkolnej strukturze: w miarę pomysłowy nagłówek, zaczepny lead, parę słów o omawianym tytule, często jakaś dziwna ciekawostka o akcji promocyjnej lub problemach, jakie towarzyszyły produkcji. Dalej oceniamy jakość scenariusza, wiarygodność i wykonanie świata, generalną atmosferę. Potem mamy parę paragrafów o rozgrywce (to w końcu rzecz podstawowa!), może coś o komponentach sieciowych – drzewiej podstawą była kampania singleplayer, wiem, że teraz role się odwróciły – dalej parę słów o oprawie graficznej i wizualnej, by wszystko zakończyć zgrabnym podsumowaniem. „7/10 (spoko gra za parę złotych), 8/10 (warto kupić w ramach sezonowej promocji), 9/10 (warto kupić w chwili premiery) i 10/10 (warto sobie zostawić na stare lata, a nie opychać na Allegro)”. Żadna redakcja chyba nie pisze tego otwarcie, bo jednak opisy z nawiasów są dość, hmm, bezpośrednie, jednak – to właśnie tak wygląda recenzowanie gier „od kuchni”, przynajmniej na podstawie moich doświadczeń. Ach, dobra porada: omijajcie gry z ocenami niższymi niż 5/10, muszą być koszmarne. Już ocena 6/10 zapowiada niezłe wyzwanie dla poczucia dobrego smaku.

Jaki jest cel tych akapitów? Chcę się pochwalić – bo jednak jestem dumny z morza napisanych literek i z tych kilku złotych monet, które na nim zarobiłem – a także wyjaśnić, dlaczego mam serdecznie dosyć pisania typowych recenzji i wystawiania ocen liczbowych. Na tym blogu nie zamierzam napisać żadnej klasycznej recenzji, czego najlepszym dowodem jest ten tekst. Bo w końcu niby jest o Bloodborne, a jednak z perspektywy meta-literackiej atakuję sam typ tekstu. Do produkcji od From Softu zaraz dojdziemy. Uważam, że przy pierwszej niby-recenzji należą się stosowne wyjaśnienia, czemu to będą takie dziwne artykuły. No i to chyba tyle, wstęp mamy za sobą. Ach, jakby to kogoś nadal interesowało, to wystawiam Bloodborne ocenę 9/10. Gra mi się podobała. Dalej nie będzie za bardzo uzasadnienia oceny; zamierzam za to wyjaśnić, czemu warto pomyśleć o tym tytule przy okazji Dziadów (tudzież Halloween).

Screenshot pochodzi z oficjalnej strony PlayStation. Co ciekawe, wydaje mi się, że takiej sytuacji nie da się wygenerować w grze. Z bossem o tym modelu – to chyba Cleric Beast – walczymy o zachodzie słońca, nie w nocy. Jeszcze jeden z bossów z DLC korzysta z podobnego modelu, ale znowu tamta potyczka odbywa się wewnątrz katedry.

Groza: tajemnica

Szybkie wprowadzenie: za Bloodborne odpowiada japońskie studio From Software. To tytuł ekskluzywny dla PlayStation 4. Gatunkowo coś między grą akcji a RPG-iem. W prasie można spotkać określenie tego gatunku, czy może podgatunku RPG-ów, o brzmieniu Souls-like. Słowo nawiązuje do wcześniejszych produkcji From Software, a zaliczyć do tej kategorii możemy Demon’s Souls, trzy części Dark Souls, omawianego właśnie Bloodborne’a, a ponadto także Lords of the Fallen, The Surge, Nioh, Salt and Sanctuary czy Code Vein. Ten ostatni tytuł wyjdzie dopiero w przyszłym roku, ale budzi moje duże zainteresowanie, więc wylądował na tej krótkiej liście. Problem z określeniem Souls-like jest taki, że ma niską wartość eksplanacyjną, tak naprawdę sprowadza się do powiedzenia: „aby zrozumieć, czym jest Dark Souls, musisz w nie zagrać. Praise the sun„. Denerwują mnie takie komentarze, podejdziemy więc do sprawy inaczej.

Bloodborne to gra RPG: odwiedzasz lokacje, zabijasz potwory, zbierasz doświadczenie, które pozwala wzmocnić statystyki kontrolowanego bohatera, oraz typowe przedmioty: mikstury lecznicze, bronie, elementy opancerzenia i tak dalej. Znajdziemy tu wszystkie klasyczne elementy mechaniki RPG-ów. Brakuje za to typowego prowadzenia narracji: zadań pobocznych jest mało i są dość dziwaczne, trudno też usłyszeć sensowny dialog lub chociaż dowiedzieć się, jakie naprawdę problemy trapią dość szalonych mieszkańców odwiedzanych lokacji. To pierwsza rzecz, którą warto mieć w pamięci: Bloodborne rzuca gracza na głęboką wodę, w bardzo niewielkim stopniu tłumaczy, czym jest i czego od nas w zasadzie oczekuje.

Fabułę możemy zrekonstruować ze strzępków dialogów, opisów przedmiotów oraz pewnych, zwykle dość enigmatycznych, cutscenek. Jako typowy gracz tytułów od From Software, fabułę zrekonstruowałem z Wikipedii, specjalistycznych fanowskich wiki i filmików nieodzownego youtubera, VaatiVidyi. Poniżej załączam trwające ponad trzydzieści minut wyjaśnienie „o co chodzi w Bloodborne?” jego autorstwa. Najlepiej obejrzeć po przejściu kampanii, a w każdym razie – gdy już porzucimy nadzieję, że sami odkryjemy, o co w ogóle w tej grze chodzi.

Przy okazji: moim zdaniem akurat Bloodborne całkiem zgrabnie wyjaśnia wątek główny. W wielu momentach brakuje łatwiejszego dostępu do deep lore świata, no ale można się z tym pogodzić. Wyjaśnienia fabularne VaatiVidyi zacząłem oglądać wcześniej, gdy mierzyłem się z Dark Souls 2. Ta gra dopiero marnie tłumaczy, o co w ogóle w niej chodzi. Wróćmy jednak do omawianego zagadnienia: Bloodborne jest produkcją tajemniczą, a to dobry start dla każdej produkcji, która ma wywoływać poczucie strachu i ekscytacji.

Groza: Lovecraft

Twórczość H. P. Lovecrafta pozostaje wspaniałym źródłem inspiracji dla wielu dzieł kultury. Trudno mi jednak uwierzyć w to, że wiele osób faktycznie dzisiaj czyta jego książki. Dla mnie było to wyzwanie, a można powiedzieć, że jako (już były) księgarz czytałem powieści zawodowo. Przy okazji: Maciej Płaza to świetny człowiek i bardzo zdolny pisarz. Warto rzucić okiem zarówno na jego twórczość własną, jak i na dwa zbiory jego tłumaczeń dzieł Lovecrafta, które w Polsce wydał Vesper: Zgroza w Dunwich oraz Przyszła na Sarnath zagłada. Jeśli kiedyś zdecydujecie się zmierzyć z pisarstwem Lovecrafta, to nie ma lepszego wyboru polskiej wersji tekstu.

Teksty zatem istnieją i nawet można je czytać z pewną przyjemnością, lecz fenomen twórczości Lovecrafta wykracza daleko poza jego oryginalne dzieło. Mitologia Cthulhu (ang. Cthulhu Mythos) żyje, rozwija się bujnie i ciągle nie przestaje zaskakiwać zasięgiem swojego wpływu. Można z grubsza powiedzieć, że wpływ twórczości Lovecrafta jest złożony. Mamy jego książki, wykreowany w nich świat i jego liczne adaptacje: mniej udane filmowe, nieco lepsze growe – zwłaszcza warto rzucić okiem na kilka gier planszowych – oraz wiele doskonałych grafik, często fanowskich. Najciekawszym dla mnie wątkiem nie jest jednak adaptacja oryginalnego materiału Lovecrafta, a jego twórcze przetworzenie. Jeśli spojrzeć na zjawisko szerzej, to do mitu Cthulhu nawiązują tak różne zjawiska kulturowe, jak gry z serii Mass Effect, omawiany przez nas Bloodborne, powieść Istota zła Luci D’Andrei, Łupieżcy umysłu z Dungeons & Dragons, a nawet wczesna filozofia Nicka Landa.

Przy okazji: moim zdaniem Bloodborne to najlepsza growa adaptacja grozy w stylu Lovecrafta. Nie tylko wprowadza na scenę wszystkie istotne elementy świata tego typu – jak koncepcję złych, szalonych bogów i nadmiernie ciekawskich badaczy czy dekadencką atmosferę – ale też ją twórczo rozwija.

Przede wszystkim Bloodborne korzysta z tego, że jest grą, a nie filmem czy książką. Najlepszy przykład? Mechanika obłędu. To system typowy dla gier, a więc pewna statystyka, która jest wyrażona liczbowo. Niektóre akcje pozwalają ją zwiększać (np. przyswajanie wiedzy tajemnej w postaci używalnego przedmiotu, napotykanie nowych aberracji), inne zmniejszać. Im mamy wyższy obłęd, tym łatwiej wpadamy w szaleństwo, co zwykle prowadzi do śmierci. Ale, ale, wyższy obłęd pozwala także na dostrzeganie nowych elementów graficznych w świecie. Innymi słowy: za pomocą twórczego wykorzystania medium ekipie z From Software udało oddać się to, co kluczowe dla zrozumienia wiedzy tajemnej u Lovecrafta: prowadzi do szaleństwa, pozwala poznać tajemnice wszechświata, lecz są to często tajemnice koszmarne i nieprzeznaczone dla ludzkich oczu. Film, komiks czy książka nigdy nie będą w stanie tak tego przekazać.

Bloodborne: kolejny screenshot z oficjalnej strony gry. Przy okazji: wspomnienie o pierwszym starciu z wilkołakami na moście zostanie ze mną na dłużej.

Groza: poziom trudności

Na zakończenie – bo zmierzamy już szybkim krokiem do finału – warto może dodać, że Bloodborne to jest po prostu gra dość trudna i wymagająca cierpliwości. Napiszę teraz często powtarzany banał, niemniej: wiele nowych produkcji przyzwyczaiło nas do niezbyt wymagającej rozgrywki. Jasne, są te wszystkie opcjonalne wysokie poziomy trudności, ale już niemal standardem stała się obecność opcji zmiany poziomu trudności gry, często aż do wyboru „czysta opowieść”, gwałtownie ograniczającego skalę wyzwania wielu walk czy momentów wymagających zręczności. Bloodborne oferuje jeden bazowy poziom trudności oraz mechanikę New Game+, czyli możliwość wielokrotnego powtarzania kampanii tą samą postacią przy stale rosnącej skali wyzwania. No i ten bazowy poziom trudności Bloodborne’a jest dość wymagający.

Już chciałem pisać, że tak naprawdę, to wystarczy ogarnąć mechanikę, dobrze dobrać ekwipunek i po prostu awansować regularnie naszego bohatera, a gra jest w sumie dość przystępna, ale potem przypomniałem sobie, jaką próbą było dla mnie jedyne oficjalne rozszerzenie, czyli doskonałe The Old Hunters. Pokonanie ostatniego bossa to była dla mnie kwestia chyba dwudziestu podejść i pewnej dozy szczęścia. Tak, to jest wymagająca gra i tak, przy odpowiedniej dozie samozaparcia każda osoba, która lubi grać, da sobie z nią radę. Poziom trudności przekłada się jednak doskonale na ogólną atmosferę grozy: czegoś się boimy, bo serio można tutaj zginąć. I choć śmierć rzadko jest problemem, to jednak potrafi być zarówno nieprzyjemna, jak i frustrująca.

Zbierając: Bloodborne potrafi zbudować atmosferę niesamowitości i grozy, bo dobrze korzysta z elementu zbudowania tajemnicy świata, świetnie adoptuje inspiracje płynące z twórczości Lovecrafta oraz jest po prostu dość wymagającą produkcją. Dlatego rekomenduję go w ramach Dziadów, Halloween, a nawet meksykańskiego Día de Muertos.