W kulturze można stawiać rozmaite pytania. Jedne są ciekawsze, inne mniej. To, którym zajmiemy się dzisiaj, uważam za niezwykle intrygujące, a także dość niebezpieczne. To jest pytanie-pułapka. Zanim na nie odpowiemy, musimy dobrze zastanowić się, o co tak naprawdę pytamy i w jaki dyskurs wchodzimy.

Osoby dramatu

Na start parę słów wyjaśnienia. Zastanówmy się, kto bierze udział w tej rozgrywce.

Idris Elba to brytyjski aktor. W kontekście naszych rozważań istotny jest fakt, że to aktor ciemnoskóry. Poznałem go przy okazji oglądania legendarnego serialu The Wire, teraz kojarzy mi się głównie z rolami z filmów akcji. Na załączonym do tekstu obrazku można zobaczyć, jak nasz bohater wypada jako Heimdall w filmie Thor: Ragnarok. Obrazek dobrany jest celowo – w wydaniu z Thora Idris Elba nosi miecz, więc lekko przypomina… wiedźmina.

No właśnie, wiedźmin! W Polsce raczej nie trzeba przedstawiać tej postaci. Uniwersum oryginalnie stworzone przez Andrzeja Sapkowskiego najpierw zdominowało polską scenę literatury fantasy, następnie rynek gier wideo – najpierw lokalny, później także światowy – a aktualnie szykuje się do ekspansji w świat wysokobudżetowych seriali pod postacią adaptacji zamówionej przez Netflixa. Jeśli czytaliście książki – ja walnąłem pełny cykl jeszcze w gimnazjum – to wiecie, że wiedźmin jest czymś pomiędzy  wykonywaną profesją (licencjonowany zabójca potworów) a mutacją biologiczną (wszystkie te toksykacje organizmu, próby traw, etc.). Najsłynniejszym z wiedźminów jest oczywiście Geralt z Rivii, Biały Wilk. Geralt ma tak charakterystyczny wizerunek i wysoką rozpoznawalność społeczną, że słowo „wiedźmin” wprost stało się synonimem dla opisu tego bohatera.

Mamy więc w zestawieniu Idrisa Elbę, ciemnoskórego brytyjskiego aktora oraz Geralta z Rivii, postać z polskiej serii książek fantasy i ich licznych adaptacji, choć najważniejsze są oczywiście trzy gry ze stajni CD Projekt Red. Na pierwszy rzut oka są to obszary w rozłączne: aktor nie ma wiele wspólnego z wiedźminem. Ale wtedy na scenie pojawia się serial Wiedźmin (2019) od Netflixa i dość nietypowy fanowski pomysł, że odtwórcą głównej roli mógłby zostać Idris Elba. Tak dochodzimy do naszego problemu, czyli postawionego na wstępie pytania: „czy Idris Elba powinien zagrać wiedźmina?”. Najpierw zastanowimy się, kto nas pyta i o co mu naprawdę chodzi, a następnie odpowiemy na to pytanie. Żeby było ciekawiej, zademonstruję w jakich kontekstach kulturowych odpowiednia jest odpowiedź negatywna, a w jakich pozytywna. Bo tak, można pomyśleć świat, w którym Idris Elba wciela się w postać Geralta z Rivii. Najlepiej jednak żeby nie był to świat Netflixa.

Geralt z Rivii w wersji z gry Wiedźmin 3: Dziki Gon.

Wojna kulturowa, czyli kto stawia pytania

Łatwiej nam będzie zrozumieć, jaki jest sens wyjściowego pytania, jeśli dowiemy się, kto je stawia. Mamy do dyspozycji dwa źródła: jest temat na Wykopie oraz strona Idris Elba na Wiedźmina na Facebooku. Oba źródła są więc bardzo specyficzne. Intrygujące jest to, że wydają się reprezentować różne stronnictwa w wojnie kulturowej. Średnio lubię zarówno to określenie, jak i dwa kolejne, którymi zaraz się posłużę, ale lepiej dyskutować na pojęciach, które pasują umiarkowanie do omawianego zagadnienia niż w ogóle zrezygnować z pojęć. W naszej typologii ten konkretny temat na Wykopie będzie reprezentował polską wersję alternatywnej prawicy, a ta strona na Facebooku lokalną odmianę nowej lewicy. Między tymi aktorami rozgrywa się „wojna kulturowa”, która jest właściwym tłem dla pytania o Idrisa Elbę i Wiedźmina.

Wprowadziłem zatem do dyskusji trzy pojęcia o wyraźnym zabarwieniu politycznym: wojna kulturowa (ang. culture war), alternatywna prawica (alt-right) oraz nowa lewica (new left). O znaczeniu każdego z tych pojęć pewnie można byłoby napisać grubą książkę, ja zamierzam jakoś je uchwycić w paru słowach. Może się uda.

Pojęcie „wojna kulturowa” ma opisywać stan, w jakim znalazła się zachodnia cywilizacja po II Wojnie Światowej, a już zwłaszcza po wydarzeniach z maja 1968 roku. Czasami wskazuje się dopiero na stan upadku ZSRR. Idea brzmi następująco: konflikt społeczny przeszedł z fazy sporu o „twardą rzeczywistość” (reprezentowaną na przykład przez pieniądze, środki produkcji, fabryki, stanowiska, etc.) do sfery kultury. Walczymy na światopoglądowych polach bitew, polityka dzisiaj to pytania o obecność symboli religijnych w przestrzeni publicznej, o gender, aborcję, eutanazję czy karę śmierci. Łatwo chyba powiedzieć, że „no, coś w tym jest”. Na potrzeby tego tekstu proponuję przyjąć łagodną wersję tezy o wojnie kulturowej: bez wątpienia spory w sferze kultury są dzisiaj ważne i absorbujące. Tego, czy inne spory (np. ekonomiczne) też są ważne lub nawet ważniejsze, po prostu dzisiaj nie rozstrzygamy. Zawieszamy sąd i lecimy dalej!

Mamy więc już jakieś rozumienie wojny kulturowej. Czas zobaczyć, jacy aktorzy biorą w niej udział. Typowy podział polityczny przebiega na linii prawica / lewica, czasem określany też jako konflikt konserwatystów i zwolenników postępu społecznego. Rzecz robi się bardziej skomplikowana, gdy nałożymy na to siatkę religijną, np. bardzo nieoczywiste role rozdane w sporze chrześcijaństwo / islam / ateizm. Takich siatek można dokładać więcej, wystarczy dorzucić dynamikę genderową i dynamikę rozwoju centrum / peryferia, by zrozumieć, że wojna kulturowa toczy się na wielu frontach i często w nieoczywistych sojuszach.

Na szczęście my chcemy zrozumieć tylko alternatywną prawicę i nową lewicę. Zatem na szybko: alt-right wszedł do szerszej świadomości społecznej dwa-trzy lata temu, podczas wyborów prezydenckich w USA z 2016 roku i toczącej się równolegle debaty o Brexicie. Za oceanem wygrał Donald J. Trump, w Europie rozpoczął się proces wychodzenia Wielkiej Brytanii ze struktur unijnych, a światowe media stwierdziły, że za wiele z tego zamieszania odpowiada Rosja, populiści oraz właśnie alternatywna prawica. Tyle o genezie pojęcia. Sam alt-right najłatwiej zrozumieć, jeśli wyobrazimy sobie konserwatystów godnych epoki Internetu wyposażonych w poczucie humoru o często dziwacznym, hermetycznym i przekraczającym granicę „dobrego smaku” zabarwieniu. Brytyjski konserwatyzm zawsze miał w sobie nieco obsceniczną nutkę, więc rzecz nie jest w sumie ani jakaś bardzo nowa, ani bardzo alternatywna. Ważną rzeczą jest zrozumienie tego, że alternatywna prawica działa główne w sieci i posługuje się ironią, całymi piętrami ironii. Prześmiewczy temat z Wykopu, z którego pochodzi pomysł na połączenie Idrisa Elby i wiedźmina, dobrze to oddaje.

Co z nową lewicą? Pojęcie wchodzi do dyskursu już w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. To zbiorowe określenie mniejszościowych ruchów emancypacyjnych, do których można zaliczyć ruch na rzecz praw obywatelskich (dla ciemnoskórych obywateli USA), feminizm czy ruchy LGBT+. Często w tym pojęciowym „worku” lądują także ruchy związane z ochroną środowiska czy tzw. nowe ruchy miejskie. Z nową lewicą możemy kojarzyć takie określenia, jak studia postkolonialne, gender, późny kapitalizm czy intersekcjonalny feminizm.

Wiemy już zatem czym jest wojna kulturowa i znamy charakterystykę dwóch zaangażowanych aktorów. Gdzie w tym zestawieniu odnajduję się ja sam, niżej podpisany autor rozważań? Cóż, to pytanie niewygodne, choć bez wątpienia warte postawienia. Zdecydowanie bliżej mi do postulatów nowej lewicy niż alternatywnej prawicy. Na poziomie postulatów lewicowa – czy też „progresywna” – wizja świata to właśnie ta, która bardzo mnie pociąga. Przeszkadza mi jednak formuła dyskursu, jaki prezentuje wiele głośnych lewicowych ośrodków opinii. W skrócie: za dużo jest szukania „faszystów” i „rasistów”, a za mało programu pozytywnego i realnych działań. Można zatem chyba powiedzieć, że identyfikuję się jako „nowa lewica przyszłości” (lub „nowsza lewica”, co oczywiście ma już charakter żartu), bo aktualny dyskurs lewicowy ma moim zdaniem problem z trafianiem w faktycznie ważne problemy społeczne.

Wróćmy do pytania wyjściowego. Wiemy już, że o Idrisa Elbę jako wiedźmina pytają nas zarówno (nieco wyobrażeni) przedstawiciele alternatywnej prawicy, jak i nowej lewicy. Po co? No właśnie, po co alt-right proponuje takie rozwiązanie? Jak się wydaje, celem jest ośmieszenie „poprawności politycznej”, czyli pokazanie, że zachodnie elity dążą do narzucenia pewnego standardu kulturowego reszcie świata. Cały dyskurs o poprawności politycznej to bez wątpienia wdzięczny materiał do analizy, co więcej o posmaku teorii spiskowej, więc liczę, że kiedyś wypowiem się  o nim szerzej. Na razie musi nam wystarczyć, że celem pytania o Idrisa Elbę ze strony alt-rightu jest walka z tzw. poprawnością polityczną.

Po co o Idrisa Elbę pyta nas nowa lewica? Czy może nawet ostrzej: po co ludzie tacy jak ja pytają nas o Idrisa Elbę? Widzę przynajmniej dwa wyjaśnienia. Hipoteza pierwsza sugeruje, że celem tego pytania jest obnażenie (domniemanego) rasizmu adwersarza. Pytanie jest podstępne, ma pokazać (domniemamy) polski rasizm, zaściankowość, może też jakąś taką przaśną wiejskość. Hipoteza druga, bardziej akcentująca dobre intencje pytającego, sugeruje, że celem tego pytania jest zmiana imaginarium społecznego: zmiana społeczna zaczyna się wszak od stawiania odpowiednich pytań, od obrazów dostępnych w społecznej wyobraźni i tak dalej.

Wszystkie trzy warianty pytania (jeden od alternatywnej prawicy i dwa od nowej lewicy) są moim zdaniem niewystarczające i generują odpowiedzi w gruncie rzeczy nieciekawe. Zamiast tego zastanówmy się lepiej, czy Idris Elba powinien zagrać Geralta z Rivii w adaptacji netflixowej (podpowiedź: nie) i czy da się pomyśleć taką adaptację serii literackiej Sapkowskiego, w której byłoby to świetny pomysł (podpowiedź: tak, da się pomyśleć).

Idris Elba jako Roland w filmowej adaptacji Mrocznej wieży (2017) na podstawie powieści Stephena Kinga. W pewnym sensie to podobny przykład, choć w tym wypadku dobrze widać słabość rozumowań analogicznych. Mroczna wieża to adaptacja jednej formy kulturowej (książka) w inną (film). W przypadku Wiedźmina dochodzi jeszcze adaptacja na linii centrum (USA, Netflix) a peryferia (Polska, Andrzej Sapkowski), którym zajmuję się w dalszej części tekstu.

Wiedźmin (2019) od Netflixa

Kawa na ławę: czy Idris Elba powinien zagrać wiedźmina w nadchodzącym serialu od Netflixa? Nie, zdecydowanie nie. To fatalny pomysł, także, a może nawet: zwłaszcza, z perspektywy lewicowej. Już tłumaczę. 

W przypadku dyskusji o adaptacji przygód Geralta powinniśmy od razu dostrzec pole wojny kulturowej. I to bazowe pole to dynamika centrum / peryferia, a nie konflikt genderowy, religijny czy rasowy. Co ważniejsze, gdy próbujemy udawać, że konflikt rasowy jest w tym wypadku ważniejszy od geopolityki, to dokładnie rozgrywamy rolę peryferiów z dynamiki centrum / peryferia, czyli zostajemy poddani procesowi „prowincjonalizacji” ze strony USA. Pojawiło się trochę trudnych słów, już wyjaśniam.

Po pierwsze należy trzeźwo ocenić status Polski i naszej kultury. A jest status dziwaczny, który najlepiej oddać można słowem „pół-prowincja” czy „pół-peryferia”. Polska jest jednym z tych krajów, które mogą w pewnych kontekstach politycznych funkcjonować jako centrum, a w innych jako prowincja. Żeby jeszcze lepiej wyjaśnić słowa „centrum” i „prowincja” posłużę się przykładami. Typowym centrum jest w aktualnym rozdaniu politycznym USA, może także kraje Europy Zachodniej, Japonia oraz (rosnące w siłę) Chiny. Nazw typowych krajów peryferyjnych rzadko się w ogóle używa w dyskursie publicznym, pomijając może wiadomości o kolejnych interwencjach militarnych i kryzysach humanitarnych. To rozmaite małe państewka czasem opisywane jako kraje „trzeciego świata” czy „świat rozwijający się”. Moim celem jest wytłumaczenie pojęcia, a nie wyliczanka geograficzna, więc ją pominę, zwłaszcza, że status wielu z tych krajów jest dyskusyjny. Dla przykładu: Bałkany jako obszar geopolityczny. Bez wątpienia nie jest to światowe centrum, trudno też kraje tego regionu uznać nawet za pół-peryferia, z drugiej jednak strony: są relatywnie blisko kultury zachodniej. Sprawa jest beznadziejnie złożona, trudno o konkluzję. Ważne jest to, że Polskę w tym rozdaniu należy uznać za kraj pół-peryferyjny, technicznie chrześcijański i zachodni, a jednak pozostający jakoś jedynie na orbicie tego świata.

Po drugie warto zastanowić się, czym stała się marka „wiedźmin” w polskiej kulturze. To akurat dość proste: to synonim sukcesu i międzynarodowego prestiżu. Niewiele polskich firm i marek radzi sobie na globalnym rynku. Trochę prześmiewczo można powiedzieć, że wiedźmin na teraz podobny status, co pierogi, wódka czy kiełbasa – staje się takim kulturowym memem, symbolem o prostej afiliacji narodowej.

Po trzecie zwróćmy uwagę na charakter adaptacji. Z serialem Wiedźmin od Netflixa sprawa będzie miała się tak, jak z Grą o tron od HBO. To nie jest „tylko adaptacja telewizyjna”, to jest „ta” adaptacja, a więc ważna, wpływowa, w pewnym sensie kanoniczna, a z pewnością taka, która stanie się punktem odniesienia dla społecznych wyobrażeń przez najbliższe lata.

Zbierzmy te trzy punkty: marka „wiedźmin” to kulturowy symbol prestiżu dla Polski, kraju o statusie pół-peryferyjnym. Serialowa adaptacja od Netflixa na lata ustawi jej odbiór społeczny. Jeśli główną rolę w serialu zagrałby Idris Elba – lub dowolny inny ciemnoskóry aktor – byłoby to odebrane jako cios od centrum w kulturę peryferium. Bo wojna kulturowa o obecność osób o innym kolorze skóry w przestrzeni publicznej jest bez wątpienia ważna, tylko, że ma ona (przede wszystkim) charakter konfliktu wewnętrznego dla kultury zachodniej. Polska nie ma przeszłości kolonialnej, to w pewnym sensie nie jest „nasza walka”. W innym jest, bo jesteśmy nie tylko Polakami, lecz także ludźmi, choć to temat na inną okazję.

Innymi słowy: gdyby Idris Elba zagrał Geralta z Rivii, to centrum uderzyłoby w peryferia, a nie jest to zagrywka, która powinna się podobać w sensownej optyce lewicowej.

Idris Elba jako Wiedźmin

No i tyle, technicznie sprawa rozwiązana. Niezupełnie. Trzeba jeszcze pokazać, dlaczego obsadzenie Idrisa Elby jako wiedźmina to jednak w pewnych kontekstach kulturowych byłby świetny pomysł. Rzecz jest generalnie prosta: adaptacja Netflixa ma pewien specyficzny status, jest, mówiąc nieco przerysowanie, tym momentem, w którym bezpośrednio centrum przemawia do reszty świata. Dowolna inna adaptacja ma odmienny status.

Weźmy jako przykład jeden z dramatów Shakespeare’a. Niech to będzie Makbet, chyba mój ulubiony utwór. Makbet opowiada historię, cóż, Makbeta, który ma bohaterską przeszłość, lecz także pożąda władzy. Ta żądza doprowadzi go do zbrodni i szaleństwa. W jednej optyce to bardzo angielska i konkretna historia, opowiadająca losy konkretnych (nieco ubarwionych i zmienionych postaci) historyczno-mitycznych. Możemy jednak potraktować Makbeta jako dzieło o przesłaniu uniwersalnym, jako archetypową opowieść o bohaterstwie, upadku, zbrodni i szaleństwie. W tym wypadku od razu widać, że taki archetyp może być realizowany w rozmaitych kontekstach kulturowych. Spokojnie można wyobrazić sobie nie tylko polskie, meksykańskie czy koreańskie adaptacje Makbeta, ale nawet można postawić mocniejszą tezę: przeniesienie sztuki w inny kontekst kulturowy może ją wzbogacić, pokazać od innej strony.

Podobny zabieg myślowy możemy przeprowadzić na polskim tekście książek Andrzeja Sapkowskiego. Cykl wiedźmiński można potraktować jako uniwersalną opowieść o ojcu i córce, o walce dobra ze złem czy o nietolerancji etnicznej. Może nawet należałoby go przepisać jako sztukę teatralną. W tym kontekście wybornie brzmi pomysł wystawienia tak rozumianego „wiedźmina” przez grupę teatralną z Chile, Serbii lub Tajlandii. Można nawet sobie wyobrazić adaptację amerykańską – niekoniecznie serialową, ale może właśnie teatralną – w której Geralta gra Idris Elba. To byłby świetne wydarzenie artystyczne akcentujący uniwersalne motywy kulturowe w tekście o polskim rodowodzie.

Tak właśnie mają się sprawy z pytaniem: „czy Idris Elba powinien zagrać wiedźmina?” Z pewnością nie powinien go zagrać w pierwszej światowej adaptacji materiału wyjściowego o globalnym zasięgu, czyli w serialu od Netflixa. Pomijając ten kontekst, wpisany w dynamikę centrum / peryferia, to odpowiedź brzmi: tak, to jest doskonały pomysł. Z przyjemnością zobaczyłbym Idrisa Elbę w adaptacji teatralnej, bo to jest po prostu dobry aktor, a przygody Geralta z Rivii można potraktować jako uniwersalną opowieść o ludzkich losach.

Ps. znamy (podrzucam odnośnik do biblioteki IMDb) już chyba całą obsadę serialu. Jest w porządku.