Od dość dawna chodzi za mną pomysł na tekst – a nawet serię tekstów – napisanych w sposób bardzo niestandardowy i nietypowy. Zaraz wyjaśnię, na czym ma to polegać, na razie jedynie powiem, że zdecydowałem się to zrobić, że przeprowadzę ten eksperyment. Zajmiemy się myślą Jacquesa Derridy, jednego z najważniejszych filozofów XX wieku. Oto część pierwsza, początek.

Jak pisać o filozofii?

Tak na dobrą sprawę filozofią zainteresowałem się w liceum. To była druga, może trzecia klasa, nie jestem do końca pewny. W tamtym okresie już zarabiałem na pisaniu tekstów – (proto-)zawodowo „dziennikarzyłem” o grach wideo – i to zarabiałem naprawdę niezłe pieniądze, jak na potrzeby raczej wycofanego towarzysko licealisty. Zawodowe pisanie było ważne, bo otworzyło mi oczy na literaturę – nagle inaczej spojrzałem na tych wszystkich twórców, zazwyczaj dość męcząco i mętnie omawianych na zajęciach, w sposób irytujący, „szkolny” w najgorszym znaczeniu tego słowa. Zmienił się zatem mój odbiór lektur, pojawiło się zainteresowanie teorią pisania, ideami, które za tym wszystkim stały. No i tak oczywiście do gry weszła filozofia, jako wspaniały skarbiec idei dla pisarzy wszystkich epok. Poznałem Friedricha Nietzschego, później przyszli egzystencjaliści, zwłaszcza Camus i Sartre, by wreszcie trafić w świat postmoderny.

Pamiętam, że w 2011 roku, na wakacje i do szpitala (bo to się często, niestety, łączyło w moim życiu) kupiłem Kondycję ponowoczesną Jeana-Francoisa Lyotarda, książkę, która miała mi wyjaśnić, czym w zasadzie jest ten postmodernizm. Słowo fascynowało, zapowiadało jakieś nietypowe, nieco szalone horyzonty intelektualne, a przede wszystkim – budziło we mnie nadzieję. Tak, nadzieję, słowo chyba rzadko łączone z postmodernizmem. A jednak ja właśnie miałem nadzieję, że poprzez poznanie teorii postmodernistów uda mi się zrozumieć współczesny świat. To miał być klucz uniwersalny, który pozwoli mi na dostanie się do skarbca sensu świata początku XXI wieku. W pewnym sensie, jak sądzę, to się udało.

No więc w liceum czytałem Nietzschego i Alberta Camusa, w 2011, już po pierwszym roku studiów, przebijałem się przez tekst Lyotarda. Potem był Michel Foucault w 2012 i Gilles Deleuze w 2013. Kolejne ważne, w pewnym sensie kultowe nazwiska, związane z powojenną, głównie francuską, tradycją intelektualną, tym, co czasem nazywa się French Theory. W 2015 przeczytałem Postmodernizm Frederica Jamesona i wydawało mi się, że wreszcie rozgryzłem, jak to wszystko pracuje. Gdzieś po drodze przerzuciłem też parę książek Zygmunta Baumana i trochę powieści, które czasem określa się jako „postmodernistyczne” czy „nawiązujące do ponowoczesnej estetyki”. 2015 rok ważny jest z dwóch powodów: wróciłem na studia filozoficzne i straciłem zainteresowanie postmodernizmem. Teraz mamy rok 2018, w czerwcu obroniłem licencjat, w październiku zacząłem przygodę z magisterką, a moje zainteresowanie postmodernizmem zaczęło odżywać.

Jaki jest cel tej wyliczanki? To jest (być może średnio czytelna) demonstracja tego, jak chciałbym pisać o filozofii.  To jest właśnie ten „nietypowy i niestandardowy sposób”, zawarty w leadzie do tekstu. Chciałbym pokazać warsztat filozoficzny, a dokładniej przedstawić sam proces filozofowania w formie tekstu. A jest to proces długi i mozolny, pełen głupich zwrotów akcji, nieciągłości, niepewności intelektualnej, zawirowań życiowych i cywilizacyjnych, wpisany w chaotyczny bieg życia.

Większość dostępnych na rynku książek filozoficznych w ogóle pomija opis procesu. Są one od razu efektem filozofowania – ładnie uporządkowanymi wynikami wieloletnich poszukiwań i rozmyślań. Jak artykuł w Wikipedii: trochę ciekawostek biograficznych, poglądy na tematy ontologiczne, epistemologiczne, etyczne czy polityczne, wpływ i recepcja. Można odnieść wrażenie, że filozofowie siadają nad pustą kartką papieru i zapisują systemy filozoficzne, pełne błyskotliwych poglądów, zaksjomatyzowane formalnie i oczywiście niesprzeczne. Być może to dobry sposób prezentacji efektu filozofowania, ma jednak bardzo niewiele wspólnego z tym, jak faktycznie wygląda ten proces. Tym razem więc się wyłamię i będę opisywał proces.

Internetowy żart z postmodernizmu. Nawet trafny, choć, jak się wydaję, podszyty pewną zazdrością. Ta „stereotypowa postmodernistka” wygląda na sympatyczną dziewczynę, a tego typu zdanie zwykle trudno wyrazić o typowych (tj. piwnickich, nie-estetycznych, zapuszczonych, niedbałych) stylizacjach konkurencyjnych nurtów myślowych.

Derrida jako źródło cierpień 

To co z tym Jacquesem Derridą? Och, to już teraz chyba wielki nieobecny! Zapowiedziany w samym tytule tekstu nadal nie może jakoś wpaść do narracji. Trochę o to chodzi. Przypuszczam, że na nazwisko „Derrida” musiałem trafić w okolicach 2010 roku, czyli na samym początku mojej podróży filozoficznej. To w końcu myśliciel ważny i wpływowy. O ile jednak mnie pamięć nie myli – nazwisko to przez lata pojawiało się w dość dziwnym kontekście.

Większość ludzi, których poznałem, szczerze i namiętnie nienawidzi filozofii Derridy. Dla wielu moich rozmówców (przyjaciół, adwersarzy, nauczycieli) myśl Jacquesa Derridy jest symbolem tego wszystkiego, co najgorsze we współczesnym świecie i w ogóle w kulturze Zachodu – ma być uwodzicielska i bełkotliwa, głupia, cyniczna, marna, pisana „pod publiczkę”, etc. Była to opinia, z którą spotykałem się w niezwykle różnych konfiguracjach towarzyskich i poglądowych, choć częściej wygłaszali ją mężczyźni. Najwyraźniej dla kobiet Derrida był jakoś pociągający, może funkcjonuje kulturowo jako mem „francuskiego kochanka”, trudno powiedzieć, ale to jakaś interpretacja.

Nawet podział lewica / prawica czy może liberałowie / konserwatyści, tak niby wyraźny we współczesnej Polsce, w przypadku Derridy był anulowany. Konserwatyści posądzali go o „dekonstrukcję europejskiej kultury”, lewicowcy dorzucali, „że zapomniał o sprawach socjalnych”, faszyści twierdzili, że „postmodernizm odpowiada za islamizację Europy”, komuniści mówili, „że lepiej już czytać Deleuze’a, bo to przynajmniej porządny filozofów wśród tych Francuzów”. Jednym słowem: „Derridy nie czytaj”, taką rekomendację miał dla mnie świat.

No i dość długo nie czytałem. Ze dwa razy odbiłem się od tekstu eseju Ostrogi. Style Nietzschego. Filozofię Nietzschego od lat lubiłem, ceniłem i zawsze dobrze „czułem”, więc myślałem, że wejście do świata Derridy poprzez jego interpretację twórczości Nietzschego to będzie dobry pomysł. Jakoś nie poszło. Następnie czytałem (na jakieś uczelniane zajęcia) słynną Różnię, tekst w sumie niezbyt długi, ale dość skomplikowany. Nie bardzo wiedziałem, jakie jest stanowisko autora i o czym w ogóle jest ten esej. W zeszłym roku zaliczyłem kolejne nieudane podejście do twórczości Derridy. Zainteresował mnie opis Widm Marksa, to okładkowe pytanie: „co lewica powinna zrobić z marksizmem?”, lecz po siedemdziesięciu stronach czułem, że moje rozumienie problemu współczesnej lewicy i filozofii Derridy w ogóle, jest zerowe. Nie udało się więc z różnią, Nietzschem ani z Marksem.

W tym roku los dał mi – oraz myśli Jacquesa Derridy – jeszcze jedną szansę. Mój znajomy zaproponował, żebym przeprowadził o tym warsztat, ja się zgodziłem. Wziąłem w nawias, jak przystało na znawcę fenomenologii, wszystkie te nazbierane w ciągu lat opinie o Derridzie. Postanowiłem, że na moment zapomnę, że to filozof trudny do czytania, przereklamowany i tajemniczy. Ot, wezmę teksty, poczytam, wezmę opracowania, przejrzę, przeszukam YouTube’a w poszukiwaniu jakiś wprowadzeń. No i zaskoczyło, przestawił się jakiś trybik w maszynerii wszechświata. Nagle okazało się, że teksty Derridy w miarę rozumiem, że podoba mi się jego projekt filozoficzny, jego rozwiązania i stawka, o którą gra. Rozpoczął się proces rozumienia filozofii Derridy. Oczywiście, jak nam podpowiadają nieocenieni w tych sprawach hermeneuci, taki proces rozumienia trwa, jest rozciągnięty w czasie, w pewnym sensie nieskończony.

No ale się zaczęło!

Czytam teksty Derridy, w jakimś sensie z nim rozmawiam, zaczynam rozumieć. Stwierdziłem, że fajnie będzie udokumentować ten proces, opisać kolejne jego etapy w serii tego rodzaju tekstów. Właśnie dotarliśmy do końca pierwszej części, czyli zamykamy „początek”. Tu zademonstrowałem metodę pisania tych tekstów, powiedziałem, że chcę relacjonować proces zdobywania erudycji filozoficznej i że chcę ten proces mocno osadzić w kontekście mojej szerszej drogi życiowej. Wspomniałem też o niechęci, jaką u moich znajomych (a także adwersarzy i nauczycieli) budzi myśl Derridy oraz o tym, jak trudno było mi się zabrać do poznawania tego filozofa. Tyle. W drugim tekście zaczniemy omawiać pierwsze tezy filozoficzne Derridy, zaczynając oczywiście od Différance.