Od wielu lat dostęp do pism Samuela Becketta jest utrudniony. Rzecz dziwna. Noblista z roku 1969, nazwisko głośne i twórczość wpływowa. Mówi się o nim jako o „centralnej postaci europejskiego nihilizmu”, a także – że należy do „wielkich przedstawicieli teatru absurdu”. Już takie przymiotniki powinny przyciągnąć wydawców, zachęcić do reedycji pism, nowych wydań krytycznych i innych aktywności. Tymczasem – wydawcy milczą.

„Milczenie” to jedno ze słów-kluczy, ważnych dla zrozumienia twórczości Becketta. Postawa naszych dystrybutorów jest zatem – w jakiś przewrotny sposób – adekwatna; zgodna z duchem pisarza. Nie pomaga jednak w przyswojeniu tej twórczości. Na szczęście – coś drgnęło. W 2009 roku dostaliśmy autobiograficzną powieść Antoniego Libery o fascynacji noblistą – Godot i jego cień, a w 2010 r. – pyszny wybór pism, jakim jest no właśnie co. Były to, niestety, raczej nieskoordynowane podrygi niż trwała zmiana polityki wydawniczej. Dzisiaj przyjrzymy się wydaniu zbiorowemu.

Raz jeszcze należy wspomnieć Antoniego Liberę – to jego wysiłek popularyzatorski sprawił, że w ogóle możemy obcować z pismami „poety milczenia”. On także jest autorem przekładu i dołączonego do omawianego zbioru aparatu krytycznego.

Co otrzymujemy? Wydanie unikatowe: dziesięć dramatów, dziesięć krótkich tekstów prozą. Wybór mocno zróżnicowany: od najsłynniejszych, najbardziej wpływowych sztuk, jak Czekając na Godota czy Końcówka, po utwory mało znane, hermetyczne: matematyczne Bez i niepokojącego Wyludniacza. Już wybór pism robi dobre wrażenie, pogłębione dalej przez profesjonalny aparat krytyczny i przekład o wysokich walorach artystycznych. Wspomnę jeszcze o ładnym, twardo-okładkowym wydaniu, by dopełnić obraz pozycji interesującej, wartej lektury.

Ale zbiór no właśnie co to więcej niż „dobra książka”. W moim mniemaniu jest to pozycja fascynująca, niezwykła, świeża. Z utworu na utwór ciekawsza. Zaczynamy od mainstreamu. Czekając na Godota, Końcówka, Ostatnia taśma, Szczęśliwe dni – wreszcie zebrane pod jedną okładką. Dramaty wpływowe, które przeniknęły do Polski wcześniej, za sprawą wydań pomniejszych, cząstkowych. Solidna podstawa, ale z gatunku tej, którą znamy; czytając – wiemy, czego się spodziewać.

Dalsze utwory to, kolejno, dramaty eksperymentalne, jednoaktówki oraz wczesna proza Becketta. Środek zbioru jest raczej miałki. Ciekawy, ale wewnętrznie wtórny. Zdanie to tyczy się w sposób szczególny czterech pierwszych utworów prozą. Wyglądają tak, jakby wyciągnięte zostały z jednej powieści, jak żywcem wykrojone rozdziały dłuższej pozycji. Narracja pierwszoosobowa, zagubiony bohater i jego ponure losy w świecie. Intrygujące, poprawne warsztatowo, ale estetycznie – jak już powiedziałem – miałkie, nijakie. Jakościową odmianę rozpoczyna Wyludniacz. Zacytuję pierwsze partie tekstu, bo warto zobaczyć, jak inna to proza.

Siedziba ciał, które błądzą, każde w poszukiwaniu swojego wyludniacza. Wystarczająco obszerna, aby szukać daremnie. Wystarczająco ciasna, by nie dało się zbiec. Wnętrze płaskiego walca, pięćdziesiąt metrów w obwodzie, szesnaście wysokości, dla harmonijnej proporcji. Światło. Przyćmione. Żółte. Wszechobecne, jakby każdy z dwunastu milionów centymetrów kwadratowych całkowitej powierzchni promieniował osobno. Pulsujące, jak oddech. Zamierające czasem, jakby oddech ustawał. Wtedy wszyscy kostnieją. Jakby nadchodził kres. Po kilku sekundach wszystko jednak odżywa. Wpływ takiego światła na oko, które szuka. Które przestając szukać, tkwi nieruchomo w ziemi lub w odległym suficie, gdzie nikogo nie może być. Temperatura. Wahająca się wolniej między ciepłem a zimnem. Z jednej skrajności w drugą przechodzi w ciągu około czterech sekund. I też zastyga czasem w większym lub mniejszym cieple. Zbiega się to z chwilami, kiedy zamiera światło. Wtedy wszyscy kostnieją. Jakby nadchodził kres. Po kilku sekundach wszystko jednak odżywa.

– Samuel Beckett, Wyludniacz, [w:] no właśnie co, tłum. Antoni Libera, Warszawa 2010, s. 337.

Dziwna, niesamowita narracja. Brzmi trochę, jak didaskalia do dramatu, opatrzone bardziej rozbudowanym komentarzem odautorskim. Każdy następny utwór jest fascynującym zabiegiem formalnym. Świeżym, zapadającym w pamieć doznaniem.

Matematyczne Bez udowadnia, że układ zdań ma niewielki wpływ na nasze rozumienie tekstu. W osobliwej grze z dantejską Boską komedią, Beckett przedstawia sześćdziesiąt zdań pogrupowanych na dwanaście akapitów, które powtórzone zostają w innym porządku w kolejnych dwunastu akapitach. A pisze o świecie zniszczonym, opuszczonym, świecie po katastrofie.

Rozpisane na pięćdziesiąt dziewięć akapitów Towarzystwo opowiada – także na poziomie formalnym! – o samotności człowieka, o jego skomplikowanej sytuacji metafizycznej; o konieczności stanięcia wobec pustki, wobec wielkiego NIE MA, zajmującego dawną strefę tego, co boskie.

Wreszcie tytułowe no właśnie co, próbujące, jak się zdaje, coś ważnego powiedzieć o słowie i języku w czysto formalnej grze powtórzeniem.

Czytanie zbioru to fascynująca przygoda literacka. Wydanie należy do grona tych słynnych „białych kruków” – trudno je zdobyć, rzadko trafia nawet na portale aukcyjne. Ale jeśli uda wam się go wypatrzeć – szczerze rekomenduję nabycie. Nie chcę pisać, że to jakaś „pozycja obowiązkowa”. Już nie ma takich pozycji. Ale to z pewnością literatura ważna. Nie jest przypadkiem, że Samuel Beckett zajmuje tak wyjątkowe miejsce w przeglądzie dwudziestowiecznych autorów. Cóż więcej pozostało? Nic. W ciszy kontemplować wielkość „poety milczenia”.

co –
no właśnie co –
to wszystko co się widzi –
no to wszystko –
to wszystko tutaj –
obłęd by w ogóle widzieć co –
ledwo widzieć –
łudzić się że ledwo się widzi –
chcieć się łudzić że ledwo się widzi –
gdzieś tam daleko w dali jakby we mgle co –
obłęd by w ogóle chcieć się łudzić że ledwo się widzi gdzieś tam daleko w dali jakby we mgle co –
co –
no właśnie co –
no właśnie – co

– Samuel Beckett, no właśnie co, tłum. Antoni Libera, Warszawa 2010, s. 407.